KLUB KONESERA - Budokan: The Martial Spirit
SS-NG #29 MARZEC 2005






Krzysztof "Genosha" Kozak
    Oglądaliście na pewno takie filmy jak Karate Kid, Najlepsi z Najlepszych czy Krwawe Kumite. Idę o zakład, że większość z was chciała osiągnąć to, co bohaterowie tych filmów – mistrzostwo sztuk walki. Zapał kończył się przeważnie następnego ranka, gdy zamiast iść do najbliższej sekcji judo czy karate znów siadaliście przed komputerem i młóciliście we wszystkie dostępne wtedy gry. Jedną z nich była BUDOKAN: THE MARTIAL SPIRIT.
  PIKSELOWY SENSEI

     BUDOKAN: THE MARTIAL SPIRIT jest liczącą sobie już szesnaście lat produkcją Electronic Arts. Gierka mieści się w niecałych 700 KB, a niesie ze sobą naprawdę solidną dawkę dobrej zabawy. A przynajmniej taką ją zapamiętałem.


  


Kilka dni temu odpaliłem BUDOKAN: THE MARTIAL SPIRIT po raz pierwszy od dziesięciu lat. Pisząc do Klubu Konesera od trzydziestu już prawie numerów zdążyłem się przyzwyczaić do rażącej pikselozy, i po włączeniu programu przeżyłem - muszę przyznać - pozytywne zaskoczenie. Grafika w tym archaicznym mordobiciu jest naprawdę fajna i - biorę pełną odpowiedzialność za swoje słowa - nawet dziś wygląda... no, może "ładnie" to za dużo powiedziane, ale na pewno ciekawie. Po kilku godzinach gry oczy mnie nie bolały [a moje patrzały są wyjątkowo wrażliwe na takie sprawy] i jedyne, co nieco psuło mi zabawę, to mała dynamika BUDOKANU.



  


Ale od początku. Droga do czarnego pasa jest bardzo długa i aby go osiągnąć, najpierw będziemy musieli zdobyć mistrzostwo w czterech stylach - walce wręcz, na nunchako, na bambusowe miecze [kendo] i na kije [bojutsu]. Najpierw przyjdzie nam spędzić długie... no, minuty, ćwicząc uderzenia "na sucho" w jednej z czterech sal naszego dojo. Następnie przyjdzie czas na sparingi [kumite], a gdy nasz sensei uzna, że jesteśmy gotowi, wyruszymy na wielki turniej by godnie reprezentować barwy naszej szkoły.
Na turnieju spotkamy wielu Dużych, Złych Ludzi. Niektórzy z nich będą używać technik nam nieznanych, należy więc ostrożnie dobierać styl, jakim będziemy się posługiwać. Kluczową rolę dla wyniku pojedynku ma także kontrolowanie energii wewnętrznej ki [chińskie chi]. Chińscy mistrzowie pewnie nie podejrzewali, że do jej opanowania wystarczy klawiatura i kilka minut praktyki.

  CISZA W ETERZE

Wypada napisać czytelnikom kilka zdań o muzyce. Przyznaje się od razu, że tym razem nie udało mi się niestety uruchomić dźwięku [bolączka większości starych gier], przez cały czas towarzyszyła mi więc błoga cisza. O tym, że muzyka w grach tamtego okresu może być przyzwoita, nie trzeba nikogo przekonywać, jednak tym razem nokautowałem swoich przeciwników w rytm nowej płyty O.S.T.R. Jeśli więc ktoś posiada plik [.mp3, .mid, .wav] z zapisem muzyki BUDOKANU, niech da mi znać.

Jedynym elementem, który może nieco zniechęcić zagorzałych Klubowiczów do grania w BUDOKAN: THE MARTIAL SPIRIT jest prędkość, z jaką rozgrywane są walki. Slow motion to fajna sprawa, o ile da się go wyłączyć i zacząć prawdziwą młóckę. W grze zmuszeni jednak jesteśmy przestawić się na to żółwie tempo prowadzenia walk, przez co ukończenie całego tytułu nie jest trudne, a pojedynkowanie się z drugim graczem [co jest możliwe jedynie w ramach sparingu] jest mało emocjonujące.


  


Nie polecam BUDOKANU równie mocno, jak BIG RED RACING w poprzednim numerze. Opisane przeze mnie wyścigi to gra, która miodnością śmiało może konkurować z wieloma współczesnymi tytułami. BUDOKAN wypada kiepściutko nawet w żałośnie ubogim segmencie mordobić PC, co nie znaczy, że nie warto poświęcić mu paru chwil, do czego was w tym miesiącu zachęcam. Do przeczytania!
KLUB KONESERA - Budokan: The Martial Spirit
SS-NG #29 MARZEC 2005