RECENZJA [X-Box] - Mercenaries
SS-NG #29 MARZEC 2005






"TomisH"
PRODUCENT: Pandemic Studios WYDAWCA: Lucasarts GATUNEK: strzelanka WWW CENA: 35$   x PLATFORMY: Xbox, PS2   x
    Jestem najemnikiem. Wykonuję zadania polegające najczęściej na rozwaleniu jakiegoś obiektu. Zdetonowaniu, jeśli wolicie. Za to dostaję kasę. Grubą kasę. Nie jest ważne, co mam zniszczyć. Nie jest ważne gdzie. Wykonam każdą misję, jeżeli płaca jest odpowiednia. A że przy okazji wysadzę w powietrze połowę kompleksu wojskowego? Mam nadzieję, że byli ubezpieczeni…
Kolejna misja na głowie. Jakiś koleś w Korei myśli, że jest ultraważniakiem i w sumie nikogo by to nie obchodziło, gdyby nie fakt, że ma dostęp do broni masowego rażenia, w tym jądrowej. Jego organizacja opiera się na zasadzie talii kart. Wiecie, od dwójek – drobnych współpracowników, poprzez Jopki, Damy, Króli aż po Asy – grube szychy. Mam ich do jednego wyłapać, ostatecznie zabić. Tyle, że w tym drugim przypadku dostaję połowę kasy za daną głowę. Cóż… Mój główny cel to zainkasowanie okrągłej sumki stu milionów zielonych za głównego złego - generała Choi Songa, co zapewne łatwe nie będzie. Kilku leszczy już mam, ot wszystko sprowadzało się do zlokalizować kolesia, wjechania mu do bazy, załatwienia całego sztabu wojskowego, zdzielenia delikwenta kolbą, zaobrączkowania go, oczyszczenia terenu pod helikopter, wezwania sprzymierzonych chłopaków i zapakowania „przesyłki” do śmigłowca. Bułka z masłem. Sęk w tym, że po wyłapaniu pierwszej talii panowie wzięli się za siebie i coraz trudniej kogokolwiek ukatrupić. Inaczej – trwa to dłużej, najwidoczniej nauczyli się używać kamizelek kuloodpornych. I „bazuk”. No i mają rakiety ziemia-powietrze. Ale nic, czego by się nie dało „ugryźć”…


  Uuu, what does this wajcha do?


Aha, może kilka słów o mnie. Nazywam się Mui i jestem członkiem ExOps – innymi słowy biorę grubą kasę za robienie zamieszania. Prócz mnie do akcji mogli wybrać jeszcze Jacobsa z Ameryki (twardy gość i się nie patyczkuje) czy Nilssona ze Szwecji (szybki, lecz lekko niezrównoważony psychicznie), ale najwidoczniej woleli kobietę. Co, zdziwieni? Kobieca intuicja w połączeniu z wdziękiem i talentem szpiegowskim – cała ja. Nie zawsze trzeba wjeżdżać komuś od razu czołgiem do przedpokoju. Niekiedy łatwiej przyczaić się z boku i zaznaczyć budynek markerem pod bombardowanie lotnicze. Inna plota mówi, że zostałam wybrana do tej misji, bo niejaki TomisH lubi patrzeć na mój tyłeczek… Bez komentarza.
Tutaj, w Korei najgorzej z informacją, ponieważ nikt nie poda ci karciaków ot tak, na tacy. W obrębie moich działań jest pięć frakcji, z czego dla cynku zmuszona jestem współpracować z czterema (inaczej musiałabym przeszukiwać dosyć rozległą mapę cal po calu, aby wszystkich dorwać). Z Południowi Koreańcami da się jakoś dogadać, tak samo jak z Ruskami. Ci są nawet spoko, bo dzięki kontaktom mafijnym mam dostęp do internetowego sklepu i w środku bitwy mogę sobie zamówić wsparcie w postaci skrzyneczki z amunicją czy apteczkami. Chińczycy z kolei stawiają raczej na olbrzymią siłę ognia – praca dla nich się opłaca, bo w każdej chwili mogą cię wesprzeć serią z ogromniastych dział czy czymś w podobie. W miarę wykonywania misji dla frakcji sklepik Ruskich zaopatruje się w coraz to ciekawszy arsenał. Fajnie, bo mają też różne bryki - Pyk! – i w środku pola helikopter zrzuca mi Hummera. Są jeszcze Alianci, to oni mnie wynajęli abym rozbiła organizację Songa. I niestety nie pozwolą mi zająć się Asem z danego koloru, dokąd nie wyłapię większości tych płotek pod nim. Ech, no ale płacą – wymagają. Piąta frakcja to Północni Koreańcy, podwładni megalomana Songa, zwykłe mięso armatnie.


  Pan tutaj wysiada


Co mnie jara w tym zawodzie? Kasa. A, prócz kasy? Swoboda. Na początku ląduję w jednym z obozów Alliantów i mogę robić co chcę. Wszystko co chcę. Zazwyczaj wsiadam w pierwszy wozik jaki mi się spodoba (wyciągając ze środka kierowcę) i jadę w teren. Widzę czołg? Wsiadam w czołg. Helikopter? To jest dopiero frajda, tak polatać po okolicy. Gorzej, że o lepszy sprzęt trudniej. Takiego Panzera przecież nikt mi dobrowolnie nie odda. Najpierw muszę zestrzelić kolesia na działku, a potem podejść na tyle blisko by po lufie dostać się do włazu pojazdu gdzie zasadzam kierowcy granat. Dopiero wtedy droga wolna. Z helikopterkami jeszcze więcej zabawy, z uwagi na to, że latają nad głową. Ale spox – seria z karabinku i rozeźlony pilot myśli, że może mnie po prostu przelecieć (mężczyźni myślą tylko o jednym) a ja myk, łaps za płozę, kolesia za frak i gość pikuje w dół, podczas gdy ja za sterami jego maszyny odlatuję w dal. Inna rozrywka to rozwalanie czego popadnie. Dosłownie. Nie podoba mi się budynek? Podkładam C4 (albo lepiej – 4 razy C4) i po budynku. Albo naparzam z czołgu. Albo z rakiet. Albo zamawiam nalot i zrównuję połowę miasta z ziemią. Jak miło być najemnikiem. Jak miło mieć kasę…
Czasami są problemy – w okolicy pełno cywili i jak taki „przypadkiem” dostanie odejmują mi z konta za koszty jego leczenia. Lub pogrzebu. Ale to marne sumy, w porównaniu z tym, co muszę płacić za te wszystkie moje zabawki ze sklepu. Warto jednak, oj jak warto. Raz zamawiałam sobie samochodziki, jeden po drugim, jeden na drugi. Potem pod to C4 (to mnie chyba kręci najbardziej) i małe kaboom. Albo skrzyneczki, skrzynki i samochody, do tego wybuchające beczki i w środek mała rakietka. Jak to się wszystko pięknie rozlatuje we wszystkich kierunkach (fizyka robi swoje!) Lubię też dywersję – gdy widzę grupkę przeciwników podkładam sobie na wozie C4 (niespodzianka!), rozpędzam się, wyskakuję z bryki i detonuję. Koreańcy fajnie rozbijają się po ścianach, wiecie? No a jak mi się wybitnie nudzi to zazwyczaj łapię stopa (czytaj: pożyczam helikopterek) i rozglądam po okolicy za paroma drobiazgami. Przede wszystkim skradzione skarby narodowe, Koreańcy pochowali to na całej mapie. Tak samo jak projekty nowych broni. Za zebranie odpowiedniej ilości dostaję nie tylko kasę, ale także możliwość operacji plastycznej. Mogę być doktorem, zbirem ruskich czy nawet Hanem Solo, czy inną Miriam… Dalej - wszędzie poustawiane są posągi Songa; te niszczę dla frajdy, a że za to też dają mi kasę? Nie narzekam. Gotówka płynie także za zniszczenie porozmieszczanych na planszy urządzeń podsłuchowych.


  Dodge this!


Niestety jak w życiu chyba każdego do pracy wdziera się czasami rutyna. Tak, czasami jest straaaasznie nudno. Kart są cztery kolory, a na każdy kolor przypada określona, limitowana ilość misji wiodących do ujęcia wszystkich zbirów. Co prawda znajdzie się kilka dodatkowych zadań (zaznaczonych na mapie ikonką $) lecz co mnie obchodzi jazda na czas czy dostarczanie żarcia do jakiejś zapyziałej, górskiej wioski? Kasa z tego marna, a co człowiek się najeździ. W dodatku ten gryzący dym. Wszędzie dym. Nic nie widać, bo dym. Ja rozumiem, że to wojna i w ogóle, ale widoczność to skandal! A te beczki i skrzynki? Wyglądają jakby je ciosano z jednego kawałka mocnego… czegośtam - wytrzymują strzał z RPG. Przy okazji dziwnych spraw – wysadzałam budynki, wysadzałam pojazdy, jednak drzewa to dla mnie czarna magia. Można na nich czołgi rozwalać! Tytanowe drzewa z Korei! Czym oni je tutaj nawożą? Na szczęście po skompletowaniu drugiego koloru zmienia się obszar działań (przy czym zawsze mogę powrócić do poprzedniego regionu), a co za tym idzie – mam nowe budynki do „zabawy”. Chociaż znowu zagadka, bo jak coś gdzieś wysadzę to po jakimś czasie to znowu stoi. Ki czort?


  Dwa czołgi a tyś zamówił Family Frost?


Podsumowując – frajda z pracy nawet nawet, kaska na konto leci no i jest co powysadzać na tym sporym terenie działań. Pojazdów wbrud, muzyka przygrywająca podczas walki naprawdę buduje klimat (tylko za cholerę nie wiem kto to nadaje) a u Ruskich w melinie można się bimbru napić. Nie to żebym była niegrzeczną dziewczynką… Cóż, lecę – dzisiaj zamówię sobie jeszcze bombkę na most a potem może jakaś lajtowa strzelaninka? Trzymajcie się!

to konsola :P
Boom, boom, boom and let me hear you say eo...
RECENZJA [X-Box] - Mercenaries
SS-NG #29 MARZEC 2005